14 sierpnia 2010

Czy nasze mamy albo babcie wiedziały więcej, czy raczej to my jesteśmy bardziej wyedukowani w sferze seksu i zdrowia płciowego? W końcu zdarza się, że edukacja seksualna w szkołach jest rzeczywiście na dość dobrym poziomie. Poza tym Internet robi swoje.
Z drugiej jednak strony specjaliści wciąż apelują do rozmów z rodzicami, które mają nas, młodzież ustrzec przed złymi decyzjami i ich konsekwencjami.
Jak zatem sprawa edukacji seksualnej wyglądała kilka pokoleń wstecz? Na to pytanie bardzo interesująco odpowiedział profesor K. Imieliński, który wraz z dwójką przyjaciół M. Kozakiewiczem i prof. A. Jaczewskim w czasach komunizmu rozpoczęli walkę z brakiem edukacji seksualnej społeczeństwa polskiego.
W powojennej Polsce w umysłach ludzi były ślady ideologii wiktoriańskiej. Nie było ideologii seksu, tylko reprodukcji, do której potrzebne były z rzadka stosunki płciowe. O seksie nie wypadało mówić. Poruszanie takich tematów było czymś grzesznym i nieprzyzwoitym. Co ciekawe, w parze z tabu, jakim był seks, zachowania młodych ludzi wcale nie różniły się od obecnych. Na ogół jednak w mentalności ludzi tkwiło przekonanie, że zachowania seksualne mogły odbywać się tylko w małżeństwie. I nie lada skandalem okazało się przełomowe użycie przez specjalistów w książce o edukacji seksualnej słowa „partner”. Media oszalały, autora publikacji nazwano psucielem. W dalszym ciągu najlepszą formą antykoncepcji miał być kalendarzyk małżeński.
Poziom wiedzy na temat zagadnień seksualnych był zdaniem profesora Imielińskiego poniżej zerowego. Istniało wiele mitów, które stały się przyczyną szeregu zaburzeń, konfliktów, prowadzących do uszczerbków zdrowotnych i pogorszenia się relacji międzyludzkich. Ślepo wierzono np., w to, że masturbacja prowadzi do ślepoty, do zapadnięcia na choroby weneryczne, do usychania narządów płciowych. Wszelkie problemy leczono testosteronem i johimbiną, nie zważając na poważne skutki uboczne.
Kiedy zaczęto przyjmować pacjentów z zaburzeniami seksuologicznymi okazało się, że społeczeństwo ma problem z nazywaniem rzeczy po imieniu. Problem językowy był następstwem niewiedzy. Aby określić narządy płciowe posługiwano się wulgaryzmami, ulicznymi wyrażeniami.
Z biegiem lat poziom naszej wiedzy pozornie rósł na potęgę. I wydawałoby się, że w XXI wieku nie powinien nas niczym zaskoczyć w sferze informacji na temat stosunków seksualnych i ich skutkach. A jednak przypadków zarażenia wirusem HIV czy niechcianych ciąż wśród nastolatków jest coraz więcej. Rodzi się zatem pytanie: dlaczego tak jest?
