11 marca 2011
Dawniej wszystko było tak proste:
Mężczyzna brał sobie kobietę, która do tej pory żyła z dnia na dzień w oczekiwaniu na niego. Płodził dzieci i utrzymywał całą tę ferajnę. Podejmował decyzje w najważniejszych kwestiach, takich jak zakup samochodu czy mieszkania, miejsce spędzenia urlopu, partia, na którą należy oddać głos w wyborach. W tym czasie ona bez szemrania oddawała się wychowywaniu dzieci i codziennym pracom domowym. Jego rola obrońcy i żywiciela zyskiwała bezgraniczną akceptacje. W zamian kobieta była aprobowana jako zwierzchnik gospodarstwa domowego. Jej pieczy powierzone były też sprawy uczuć, kultury i temu podobne. Żadna ze stron nie zgłaszała roszczeń. Fronty były jasno wytyczone i niepodważalnie rozgraniczone.
Obecnie jednak wszystko się skomplikowało: ONA nie chce być tylko żoną i matką. Kobieta życzy sobie, aby zabierać glos, współdecydować i mieć równe prawa we wszystkich kwestiach. ON chce, aby wolno mu było czasem popłakać i przytulić się, a może nawet pracować tylko na pół etatu i mieć święty spokój. Jak, na Boga, odnaleźć się w tym istnym galimatiasie?
Najprostszą radą wydaje się nie zawierać długotrwałych związków. Przyjemność bez stałych zobowiązań! Ale rozejrzycie się wokół. Na przekór zdrowemu rozsądkowi wszędzie odbywa się tokowanie, gruchanie; partnerzy wprowadzają się do siebie, a nawet się pobierają, chociaż doskonale znane są im wszystkie trudności, które wynikają dzisiaj ze stałego związku. Trzeba się ograniczać, dopasowywać, mieć wzgląd, zawierać kompromisy, a jakby tego było mało, jeszcze darzyć się bezwarunkową miłością - podczas gdy druga strona ustawicznie stawia warunki. Te zaś nie są już, jak wiadomo, tak przejrzyste jak kiedyś.
- Chcę mieć superlaskę - obwieszcza ON głośno i dosadnie - która bez problemu upora się też z dziećmi, karierą i będzie potrafiła nauczyć rozumu innych mężczyzn! Ale... - pomrukuje w nim neandertalczyk - w domu powinna być kochana, przymilna i akceptować mnie jako szefa!



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.